Aro Dudyk (1969 - 2021)

Dusza Mateusza

Chochliku mały Skoczny krasnalu Skrzacie co z książek półki oczyszczasz Psotliwy gnomie Chodzący skandalu Z tą czekoladą wokół pyszczka

Co to za rymy pod noskiem brzęczą które się mówią same z siebie Co to za słowa języczek męczą mama nie wie i tata nie wie

(Na tym rozumie się tylko panda lecz ona teraz pod meblem drzemie)

Dusza Mateusza

22.44

Jest dwudziesta druga czterdzieści cztery kwestie jasne rosną ciemne i ciasne Co było żwawe obrosło marazmem Co było wzniosłe okazało się płaskie Kto twarz piękną nosił ten przywdział maskę Kto głową mur kruszył nie ruszy go i z kaskiem

Być może są podlejsze i dziwniejsze godziny ( wśród jednej doby pt. „WIECZNOŚĆ”)

Lecz pojmij chwil zgrozę i poczuj do cholery:

22.44

Pionowa doba

Oczy otwieram - w godziny czeluść lecę rękami macham sekundę jakąś wystającą na oślep chwytam… ...zbawiennie zawisam

wnet po minut szczeblach się wspinam: pierwszy, drugi, trzydziesty… sześćdziesiąty pęka!

Spadam!

I w otchłani następnej godziny występu, oparcia szukają kończyny

Pionowa doba

Złodzieje klamek

Blaszane zęby dżdżu śpiewają w szczękach okiennic schody skręcając się w potrójnym salcie o pękniętym kręgosłupie o potrzaskanych żebrach skrzypią

Trzymam cię za rękę

Płaszcz wampira przylgnął do szyby Sunie księżyc wzdłuż łusek posadzki Obcas morduje ciszę pinezką J - śni się ścianom w gałkach luster i portretów czasu bezszelestnego skroplenie

Trzymam cię za rękę

Duchy jedzą pod parapetem spaghetti pajęczyn Żyrandol szczerzy oko Satelita ćma odkurza stęchliznę mamrotania Fontanna zasłony cicho spływa pod sufit sinym wytryskiem i krzepnie

Trzymam cię za rękę

Jeszcze potknięcie o zwłoki progu Jeszcze przekleństwo stróża wazonu Wielorybie ziewnięcie parasola… Wychodzimy tylnymi drzwiami

Złodzieje klamek

Rynno cierpkosłowa jak…

Rynno cierpkosłowa Jak ciężarówka pełna butelek

Cudzołożnico cembrowana hałasu falami Stręczycielko kałuż rozmemłanych pod sklepami

Psia melino i psia dolo

Rynno krzyczę do ciebie i w ciebie

Ale do ciebie tylko pustka Ale w tobie tylko wiatr się puszcza

/Żwir zasiany wprost pod rynny nogami Chrzęstem wilgotnym wzrasta zasapany/

Rynno Ubojnio deszczu Rzeźnio piorunów Salo tortur zryta Rozwrzeszczana z głucha

Myślę o tobie Mniemam cię Pluję ci do ucha

Choć wiem że nie słuchasz

Rynno cierpkosłowa jak…

Sekwencja

Ściany całują w nocy Zdradzieckie ściany nocą Jak choroba wieńcowa

Łączę się ze ścianami wiotko szytą fastrygą przez pudła i szmaty mebli

Ściany całują w nocy Moje bose włosy i stopy Moje bebechy pełne wody i krwi Pełne zmowy na ból W draperii zębów i żył

Ściany mają zimne ręce I gwiazdy wytatuowane na rękach Ręce mają zwielokrotnione rękami Filodendronami Ściany mają zimne ręce A już nowe im rosną między palcami

Ściany ropieją guzami Rudobrode ściany Falujące na wietrze między zasłonami Wzdęte światłem szatkowanym przez okno Na kęsy Dostarczane partiami Do chciwej księżyca gęby

Ściany całują nocą Noc całuje ścianami Męczarnie czarne już kroczą Mózgu wąwozami

Gdzie śmierci oczekuje mucha Zerwana z różańca lampy Której miało nie być

Gdzie śmierć wydana na muchę wypłacana plunięciami Na kredyt

Sekwencja

Sidorska

W twoich ustach gdzie są czarne plamy i dziury po zębach roześmianych po okolicznościowych słowach westchnieniach i ziewnięciach W twoich przegubach gdzie krzywią się wyrwy po wydrapanych ścięgnach gdzie topi się rozcieńczony księżyc a pies krzyczy W twoich oczach gdzie czerń zielona i wzrok mój nie sięga przez obsypujące się bryły powietrza za samolotem

Na twych udach gdzie egzekucja mojej ręki i krew cicho schodzi po schodach gdzie powracam drugą dłonią opisaną na kamieniu wziętą w buty i złą Na twym brzuchu zemsta brzydota i rozgrzeszenie wydrapane wyrazy obietnic i kłamstw od gwiazd przez śledzionę po pępek po żebra ukrzyżowane na krześle i na balkonie

W twej głowie do której spluwam bezceremonialnie a echo galaretą odpowiada

W twoim kręgosłupie gdzie prąd brzęczy a rdza się odkłada i tak

W twoim sztywnym włosie nawet Moja podeszwa w błocie i rzygowinach się tarmosi Mój ślad pełen ziemi i kamieni a rano go słońce skręca w ślimak w spiralę powtórzenia

/Ty parszywa ulico Sidorska co udajesz że jesteś niema By żebrać o kolejną dawkę chodzenia W tobie Tu /

Sidorska

Terrarium

w darni asfaltowej twoje kroki i twoje mieszkanie

kolory węzłowato powiedziane i zrobione

światło robaczywe wodzi smród ręce spijają brud klamek

w chlebie pustaka twoja mowa brailem kopnięć wybuchowa

a w kopule stokrotnej dmuchawca twoja wolność jej terrarium się skraca się obraca

w dłoni twojej opornych zawiasach

Terrarium

Toń

W tę toń w napięcie powierzchniowe jak grot jak szum Pisk w uszach ciało spływa do głowy przez krtań Gdzie tlen ten plus azot plus dwutlenek węgla? Jezu! Nie myśl jeszcze…

Odnajdziesz! Wyczujesz Powalczysz o skarb

Gdzieś trochę niżej bliżej ciszej Gdzieś głębiej za chwilę Tam -

Wyjmiesz perłę spomiędzy jej warg

i nie zginiesz

Toń

W gardzieli skarpety

Kopytność mebli i rdzawość tapet /O zgrozo w oku żyrandola/ Do okna wołasz do drzwi się dodrapiesz I nic nie wydrapiesz nic nie wywołasz

Czarują kąty czarno i zielono Wiekuistość drży w pajęczynie pod klapą sufitu Na dywan wysypał się hałas W puklerzu odkurzacza igły szukanie w dywanów sianie

O zgrozo Meble mają zęby i kopyta Jezus Maria zegar się zaszlachtował karnisz ledwie zgrzyta

W gardzieli skarpety

Chirurgia chcenia

Chciałem Cię poddać operacji serca Lecz weź tu zoperuj kamień słowami

Chciałem rozedrganie ukoić spojrzeniem wieloznacznym milczeniem Zaleczyć okiełznać oswoić cierpienie marność zsiniałą ogrzać dłoniami

Chciałem wyciąć tego raka między nami by znów jak chór zagrzmiał śmiech za tymi drzwiami ….

Chirurgia chcenia

Wieczorne chlipy

Zegar ciszę rozstrzelał karabinem sekund Pod szynelem zgrozy bury drzemie wieczór

Skłócone okiennice pokrył dreszczem deszcz w żarze papierosa ćmy się piecze cień

Parkiet parapetu ślini salamandra Mech uszczelnia szpary w lasach i altanach

Do mych rąk podchodzą błotem czerstwe drzewa

Czas snu mirakulum do szklanek rozlewać

…. ziewać

Wieczorne chlipy

Wigilia

Na niebie wstają pierwsze sierpy i młoty Rajkom, z butli i szklanek na stole przetapia szklane domy szklanych ludzi stodoły i samochody

Koń obrok szronu w chrapach schrupie przeleci serafin na werblu grając Spadnie płonącej zorzy rupieć wzdłuż stajni przemknie zając kicając

Już księżyc głupie oko wyłuszczył spod lepkiej mgłą, ciężkiej grafitem powieki Jak karp nadmiar powietrza chwytający w skrzela on siorbie mgławic żerujące ławice i rzeki

Pospały się po kątach wielkie owczarki bagien łopianowych Gór Jabłonowych …

Wtem krzyk rozczepia dzidą ciszę w stodole Rodzi się rodzi! Brzemienny w gwiazdę na czole Jakiś Stalin Żelazobeton Asfaltowicz

Młody lejtnant wtedy wstaje od stołu twarz purpurową obraca w krochmaloną onucę Dzieciątko zawija / w ramach pieluchy / i wraca na straże

Grubym obcasem zamyka okrzyki świerszcza w szparze

Wigilia

Wybrzeże kości skroniowej

Obraduje związek ślepych i głuchych Oczyść z mydlin bielmo wyłupiastego ekranu Przetkaj pokój między lufcikami

Miotła – trofeum krąży z rąk do rąk Czeka w kącie cień i pajęczyna Zakurzony epolet na nit i w pancerz

Obraduje związek ślepych i głuchych Fanfary dyplomatycznych kaszlnięć Szelest papieru odwracanego twarzą do łask

Złuszczone już guano z anten Start! Oczyść z mydlin bielmo wyłupiastego ekranu Miotła – trofeum krąży z rąk do rąk Obraduje partia głuchych i ślepych

Twój rząd!

Wybrzeże kości skroniowej

Wybrzeże kości skroniowej

Obraduje związek ślepych i głuchych Oczyść z mydlin bielmo wyłupiastego ekranu Przetkaj pokój między lufcikami

Miotła – trofeum krąży z rąk do rąk Czeka w kącie cień i pajęczyna Zakurzony epolet na nit i w pancerz

Obraduje związek ślepych i głuchych Fanfary dyplomatycznych kaszlnięć Szelest papieru odwracanego twarzą do łask

Złuszczone już guano z anten Start! Oczyść z mydlin bielmo wyłupiastego ekranu Miotła – trofeum krąży z rąk do rąk Obraduje partia głuchych i ślepych

Twój rząd!

Wybrzeże kości skroniowej

Z modlitewnika schizmatyka

Niebo O! Niebo czyste Sążniste! Niebo powłóczyste Niskością najniższe Wysokością najwyższe Lecz zaiste Pełnokrwiste

Ty niebo moje tak zamaszyste błądzące od zenitów po gnoje kwieciście ubrane w tęcze rącze w liście i lilie i drew zwyrodniałe pnącze wybujałe i jędrne powoje Gdzie ty zakwitasz Ja w milionie dusz się wyroję

Kolorami różnorakie Kolorami bystre W kolorach rozmemłane Lecz pośród nich przejrzyste Czułe i rozpoznane ...na zaś (jako swoje) i roztropne i lepsze A przez to kochane

Niebo! O Niebo wydajne- - niepoznane Nadzwyczajne Niebo niesprzedajne Jak chleb z masłem- -Ten (wprost z i do trzewi) błogosławiony Tak Ty jesteś miarodajne Ja Tobą obżarty i żarliwie radośnie natchniony

O Niebo Bezdrożne Jestem i czuwam Czuję się zbawiony! Niebo ty moje zdrożne zazdrosne bezbożne Dzikie w bezeceństwie szalonym Przez Cię bogowie wbiegają na panteony Zaprawdę po to by się pierdolić Za nic w „dobie AIDS” mając kondomy

….i Niebo O Niebo dziwne Niebo naiwne Niewinne W przymrużeniu inne

Niebo! W tysięcznych rozbłyskach podświadomości Ty jak kryptonimy- - tajemnicę gościsz

Niebo Pełne nagości Bez włosów Bez paznokci

O Niebo- - chęcią jak rtęcią ciężko nasycone Ze wszech miar słuszne Ruszże… się Weź mnie Na swoją stronę A w ciszy zakop w swym zacnym łonie

Z modlitewnika schizmatyka

Za

za stodołami wielkich miast za podołkami spódnic dużych kobiet

za ogromem nieba Atlantyku

istnieje perła – Biała Podlaska (pośród wielu innych pięknych rzeczy)

Za

Zapatrzeniec

Pod rozległym niebem pewnego dnia stanąłem wreszcie

bo co miałem robić

Niebo ogromne tak a ja mam brodzić dreptać gonić drobić?

Jak pchła

Wolę rozległość zaczerpnąć dziś odważnie nos-szperacz dźwignąwszy z nad gruntu Wolę przystanąć niech poczworakują inni zbieracze rozsypanych godzin drudzy naganiacze niesfornych minut

Pod śmiesznym niebem następnego dnia zwiesiłem się na trzepaku

Zapatrzeniec

Z żoną plotkujemy

Czy uwierzysz że człowiek Upadł z szóstego piętra na głowę Na asfalt, beton, żywopłot i bruk?

A potem wstał z głowy Grunt ubity, gotowy przyszpilił jak co dzień do nóg I poszedł zdrowy Do swych spraw zawodowych Tylko teczkę troszeczkę pod pachą gniótł Jak ten pod stopami miał

Czy uwierzysz?

Uwierz proszę (Nie zmyślam ni trochę gdy ci to głoszę) Widać… To los tak chciał

Z żoną plotkujemy