Kaprawe oczy wybałuszywszy
Księżyc mi bajki opowiadał
A ja wierzyłem w każde słowo
Tu gasła miłość
pachniała zdrada
Kryminaliści odrąbywali
niewinnym dzieciom główki ich płowe
Szast – Prast szastali szastacze słowem
Watykan mózgi po kątach rozstawiał
Karcił i wmawiał, jak mawiał – wysławiał
Tym ściegiem gówna świat ze mną się spawał
ciągiem niezmiennym kłamstw i bezprawia
Bo jeszcze ja tu
w tym kurwidole
Co noszę w sobie genetyczną pomyłkę
Co zamiast „dziękuję”
mówię „pierdolę”
do zagadnień kluczowych odwracając się tyłkiem
Kaprawe oczy wybałuszywszy
księżyc mi bajki złe opowiadał
Mącił mi w sercu i bełtał zmysły
Patrzcie co gadał:
„Skrzywiony” już będąc pacholęciem
pomyśl jak trwać by tym zacięciej
Jak by się odkuć, kły obnażyć
Unikać razów, samemu razić
W tej duszożerczej kołomyji
W matni gdzie zdatni nie przeżyli
W słów i haczyków kamieniołomie
Na moralności rdzawym złomie
Kuj durniu życie
póki gorące
bo życie dzień jest
albo ze dwa
Myśl głąbie:
Dla mnie dziś wstało słońce!
Dla mnie ta beczka z wszechświatem trwa!
Podpalaj lont więc u tej beczki
Bo wszechświat prochem jest niczym więcej
Niechaj wybucha a ty posłuchaj
I zamknij oczy – zobaczysz więcej