Aro Dudyk (1969 - 2021)

Barwy

najdroższe są czerwienie i granaty możesz za nie płacić połową życia ciałem i naturą

umysłem

poszukujesz czerwieni i granatów dla nich wschodzisz w drzwiach i cierpisz chłepcząc liche chmury dla nich w płótnie nieba

tak trudno o czerwienie tak ciężko o granaty o pąsy i odcienie o soczystej maści brokaty

w które obleczesz się do życia

najtańsza jest szarość stragany pełne są szarości

bo ona nie zakwita

Barwy

Do żony

Nie obchodzi mnie czerń tego poranka na wysoki połysk Blamaż każdej minuty, sztuczne siekacze Gładkie marynarki, polityka przekłamań gra niedomówień I dziwne półsłowa Dziwnych półludzi W szklanym pudełku na szafce w kącie

Niech trwa autocross po wertepach duszy

Nie dbam o zespół parszywych faktów I wizerunek w pękniętych lustrach cudzych rogówek

Czy jest pół do... Czy jest już koniec

- - - - - -

Niech troski wiszą jak głogu kiście za oknem Na uciech różowej wstążce

A ty bądź dalej przy mnie: Domowa I czujna

jak złoty pajączek...

Do żony

Mgła

Mgła idzie na ślub Ta już nie dziewica Być może nie zapach Nie smak

Ta nie ochrzczona Przemoknięta jak rynna Rynna spadania nieba W cierpkość zagajników i pól

Mgła idzie na ślub Wystrojona w kaprawe oczy gwiazd Rozpuszczona we włosach Wszerz Wzdłuż W garnku bajora niesie posag Dżdżysta i koralowa Domniemana przez Któryś tam zmysł zaspokajania głowy I deszcz Co pachołkiem jej jest wzorowym Ta nieochrzczona Niedopieszczona Ale i nie dziewica Być może nie zapach Nie smak Być może nie wkroczy Nie zaszczyci Nie powie – Tak

Jak to mgła

Mgła

Cień

Dlaczego w tym kraju nie ma ludzi? Nicość nabożna sekundami cyka

Chodzę spragniony choćby pierdnięcia

Sforą tabunem hordą wokół siebie jestem

Milczenie zatacza coraz szersze kręgi

Pustka wywiera spustoszenie

Dlaczego jestem a nie istnieję?

Cień

W domyśle, w dotyku

Czy to moja twarz, ta mchem porośnięta Pełna buszujących drobnych pędraków Ta moja twarz ziemią nadęta, podeszła W której próchnie każdy odciska się pień I szelest ? Czy to w mojej twarzy tyle znaków Nie do odczytania, nie do wypowiedzenia Kto je więc skrobał Czy to tropy za skarabeuszem Czy to kosa trafiła na kamień Ma to coś wspólnego z przeznaczeniem Albo z kłamstwami o przeznaczeniach?

Czy może być moją, twarz ta Po której buty jak grzyby po deszczu Na której każda bezpańska podeszwa z delikatnością pługa pył omiata

Na której las Długowieczności kreuje każdego pnia w pątniczych trawach

Czy w kleszczach żelaza?

To jest wojna? To jest moja twarz? Czy to życie czy udawanie Przez perfekcyjne dobranie dat Dorabianie mimiki Do każdego źdźbła Do trawy, mchu i chwastu Do każdego rąbka kory Westchnienia lasu Do każdej skiby gleby Co się piętrzy

Czy to jest życie Czy to jest urojenie

Czy mają jakikolwiek porządek Te rzeczy, które się wydają A w które należałoby wierzyć?

Czy to w mojej twarzy tyle znaków Czy to w lustro po prostu Ktoś plunął z rozmachem?

W domyśle, w dotyku

Szanuj ukojenie

Cisza tu tak szlachetnie gra

i dusze tylko przelatują sobie nieśpiesznie po dwie

Cisza ta tak sławetnie śpiewa

że myśli tańczą obłokami ze swoimi paramyślami

Nie trzeba wzdychać bo ta cisza łatwo rozprasza się

I fałszuje znienacka

A wtedy gówno masz nie operę i balsam

Szanuj ukojenie

Demokratyzacja

Więc wy mówicie demokratyzacja a ja mówię demokracja albo jeszcze lepiej anarchia I powiem więcej – wolność Ale cóż Kiedy wojsko ciągle jeszcze defiluje A kurwom liczko się płoni A kurwom łezka wiruje Na brud pada I tam się kończy

( Demokratyzacja w agonii)

Demokratyzacja

Podświadomość w samoobronie

Śmiej się z tego Aż mdłości ci wślizną się gdzieś i w te zwoje zawiłe do ścięgien pod pępkiem

Aż poczujesz że cały pulsujesz że się trzęsiesz i za chwilę pękniesz

Śmiej się z tego cholernego Ciesz się aż ciało się przesyci tym radosnym wzdęciem Ciesz się zawzięcie…

A gdy już spazm rozkoszy jak krew z nosa nagła odejdzie To rzuciwszy okiem tu, tam wszędzie

Nie rzucaj kości w nagłości I proszę - - Nie nazywaj nijak tej ciemności

(co czernią czaruje w obłędzie)

Podświadomość w samoobronie

Proste imponderabilia

Jak umysł dziecka Jak dziecka mowa Czas zawsze czysty / Czyste ręce chowa /

Prosty w wymowie Nieskomplikowany W obliczeniu pusty

Pełny w czekaniu Czekania Nijaki w trwaniu I nie do przetrwania

Jak umysł dziecka Jak dziecka mowa Jak proces spalania Powietrza na słowa

Proste imponderabilia

Kosmici

Nasza przestrzeń to pustka między atomami Tam jesteśmy niczym Tam możemy być sami

Składamy się z tego samego co słońce i niebo Składamy się z tego wszystkiego rozpierdolonego

Jutro już mnie tutaj nie będzie Jutro będę wszędzie! Oto moje „jutro” zbawcze Moje „nigdy” czyli „zawsze”

Kosmici

Veni, vidi -wisi!

Seans już w pełni Światełka zgasły Fotele skrzypły Pierwsze chrupki trzasły

Film mocno jest fajny Słychać śmichy ferajny Komedia chyba to Ja nie wiem bo… Niepokój żre mnie fatalny!

Więc wychodzę bokiem między rzędami: cichym krokiem

(ludziom w twarz krokiem w potylicę odwłokiem)

Zachodzę do szatni Dreszcz wąs mi wstrząsa Patrzę… jest! Jeszcze wisi Nieruszona! Moja nowa jesionka!

Veni, vidi -wisi!

Wiersz meteorologiczny

Niebo oplotły żylaki siny zimny taki i taki Skwarki spadły tej nocy i tej i tamtej Na szosy rogatki ostańce

Chrust zaczesano w koki do pieca Chleb ulepiono w bloki przy świecach A rano chrustu nie ma ni chleba I tylko nieba nieba sinica Plaster po plastrze nóż w alabastrze kałuż Leningrad

A ja krążownik Po tych morzach się tułam Gdzie księżyc grążel a słońce cebula

Wiersz meteorologiczny

Dziś była pogoda z krwi i kości

Dziś była pogoda z krwi i kości z krwi śniegu z kości lodu Wiatr gwizdał przez zęby zataczając się

Telefon od niej próbował kolejny raz rozgrzać mój wewnętrzny piec Ale cóż

Postępująca noc nadała mi kształty ropuchy

Potem długo kaszlałem w czarną pościel Marząc o przeszłości

Dziś była pogoda z krwi i kości

Oda

Wódko ojczyzno moja Podniosła chwilo… wzięta z demobilu

Piękna Męko Pańska Ty jedyny mój przyjacielu Siermiężny głazie pchnięty w duszy Czeluść przetopiony na magmę i przelany za wielu…

Za ciebie piję Cię !

Oda

Niepokoik

Choć się boję będę Cię kochał

Choć się boję nie oddam Cię

Choć się boję że musimy być inni od innych

Choć się boję że jesteśmy tylko we dwoje

Choć się boję że świat się boi wszechświata

A wszechświat nie boi się naszego Boga

Niepokoik

O śmierci

Ci od wiązania pępowin nowo narodzonych komet

i ci od pełzania

Ci w sierpy i stogi zaklęci i ci w kamienie Ci obrzezani wiertarką i ci których poniosły konie i ćmy w abażury połknięte dozgonnie

Ci którym wyrwano języki przy okrągłym stole i ci utopcy

filozofowie filodendrona Ci w szkatułkach perłokrwistych i ci spaleni bo byli nieczyści

A także ci których krew będzie kaszanką zakrzepłą w miasta ścieku I nawet ja wściekły od rana do zmierzchu…

O śmierci

Nawrócony

Wypruty z rudej darni za włosy ja wielki korzeń lasu dziwię się bezczelnej mordzie słońca

Wyrwany wraz z runem zamszowym z grzybnią starożytną przodków o cienie nowe poszerzony drżę przed zadziorną nagością przystrzyżonych pól

wyszarpnięty z piołunów, łopuchów meandrów żmij trajektorii mrówczych ruchów z chrobotliwych modlitw macierzanki pacierzy i traw w kępy skłębionych kłączy i pnączy przymierzy

przed zwierciadło stawów w chmury i ptaki rzeźbione ja rzucony na kolana gdzie dłoń mojej babki jak zaorane pole kroi chleb łzami blasków broczącym nożem poranka

Nawrócony

Parasole

bazyliki parasoli zesztywniałe wzdłuż traktów po szarość spierzchłe wiatrem

ołowiane bazaltowe głownie deszczu bębny marszowe

kałużami podeszłe lecz umocnione i spięte w druciane kleszcze

bazyliki parasoli kopuły twarde od żył jak liście wbite w czerń ludzkich głów i rąk zawisłe pod zawiesiną chmur

strąki dojrzewające gęstością wilgoci do ciemnych kątów szaf

do lamusa

zatęchłych trocin … zjełczałych gwiazd

Parasole